wtorek, 31 października 2017

Uhnów - 11.06.2017

Ta przygoda zaczęła się wczesnym rankiem, 11 czerwca 2017 roku. Wraz ze znajomymi mieszkam w Tomaszowie Lubelskim kilkanaście kilometrów od terenów Ukrainy. Jednak od stepów szerokich dzieli nas jeszcze granica państwowa. Pas zaoranej ziemi, miejscami z dodaną siatką ciągnącą się kilometrami. Nie do pokonania z wyjątkiem kilku przejść granicznych. Chyba, że jest się przemytnikiem i zna odpowiednie szlaki. Czasem jednak można zaznać ciekawej przygody przechodząc zieloną granicę i to całkiem legalnie. Otwierane są kilka razy do roku na specjalne okazje "dzikie" przejścia np z okazji festiwali przygranicznych lub świąt religijnych. Bo powojenna zmiana granic rozdzieliła wiele osób które mieszkały w tamtych rejonach. Osoby mieszkające w dzisiejszej Polsce mają np groby bliskich na terenie Ukrainy i odwrotnie.
I wspólne, międzygraniczne wspominanie dnia z okazji odpustu św Antoniego otworzyło takie dzikie przejście między Dyniskami a Uhnowem.

Zajechaliśmy w niedzielę do Dynisk. Ja, Adrianka, Adam i Sarmata. Auto zostało pod kościołem wybudowanym w miejscu starego który niestety spłonął. A pod nim istne cuda na kiju! Prawdziwy odpust ze straganami. A odpust nie liczy się, jeśli nie kupiło się petard i szczypy, więc po chwili portfel miałem lżejszy o 5 zł ale byłem szczerze ukontentowny! Wyposażeni w słodycze i materiały pirotechniczne ruszyliśmy na południe mijając kilka przydrożnych krzyży aż doszliśmy do rozwidlenia. Skierowaliśmy się w stronę którą wskazywał znak Ulików 1km chociaż wiedzieliśmy, ze właśnie zostawiamy za sobą ostatnią miejscowość po polskiej stronie granicy. Przed wojną znajdował się tam folwark powiązany z majątkiem w Dyniskach. Dziś Ulikowa już nie ma... Szliśmy dalej dłuższy czas drogą szutrową pomiędzy szpalerami starych lip. Po drodze minął nas dwa razy samochód straży  i po pewnym czasie dotarliśmy do granicy. Okolica po bokach ciekawa. Dzika. A intereswujące było na pewno zastane przejście graniczne. Duża odskocznia od zazwyczaj widywanej infrastruktry przejść, gdzie widzimy wiele pasów zastawionych pojazdami, duże budynki, budki, pawilony. Tutaj okolice granicy otoczone były biało-czerwoną taśmą a obok stał zwykły busik wystrojony wewnątrz na biuro. Obok dodatkowo auto celników. Podeszliśmy do bocznego okienka, podaliśmy paszporty i wkroczyliśmy na legendarny, mityczny i nietykalny zazwyczaj Pas Ziemi Zaoranej, teraz już trochę Przedeptanej. Ciekawe uczucie. Za nim podobna sytuacja na stronie ukraińskiej, z tym że dodatkowo dostaliśmy jeszcze pieczątki w paszportach.



Dziwny mieszkaniec Dynisk
Niewielki placyk z kilkoma obiektami sakralnymi tuż przed granicą cz.1

cz. 2
cz. 3


W oddali widać już granicę

Na zdjęciu powyżej dawna aleja dworska prowadząca między innymi z Dynisk do Uhnowa. Dziś - w stronę granicy.

I jesteśmy już na Ukrainie. Prawie. Po minięciu fizycznej granicy weszliśmy na szeroki pas ziemi przygranicznej otoczonej siatką. Istna dzicz bez człowieka. A pośrodku niej kilka budynków ewidentnie straży granicznej. Coś na kształt niewielkich koszar. Na samym początku widoczny na pierwszym z poniższych zdjęć spory budynek. Możliwe, ze pozostałość przedwojennej gorzelni należącej do folwarku Ulików. Dalej droga do siatki gdzie przed bramą stała mała wartownia z sołdatem a za nią już faktyczna Ukraina. 

Przygraniczne budynki wojskowe
Kopuła cerkwi/kaplicy?
Przekroczyliśmy torowisko przy stacji kolejowej linii biegnącej tuż przy granicy, łączącej Rawę Ruską z ważnym ośrodkiem jakim jest Krystynopol/Czerwonograd. Zbliżaliśmy się do pierwszej niewielkiej miejscowości Zastawie, gdzie na łące przywitał nas piękny koń a na lewo i prawo ciągneły się płaskie tereny Ukrainy. Przyjemny dla oka odmienny widok niż sąsiednie Roztocze. Pełne łąk i podmokłości. A w miejscowości stary metalowy krzyż. Z jedną z dziwniejszych pasji jakie widziałem. Jezus ... nieco bardziej przypakowany niż zazwyczaj jest prezentowany...
Co ciekawe w roślinności tuż obok znaleźliśmy cokół po innym kamiennym krzyżu. Może bruśnieński?



Za Zastawiem przekroczyliśmy most na rzece Sołokiji. Tej samej która źródło bierze w okolicach naszego Tomaszowa. Tutaj już płynęła szeroko i głęboko. Niestety i tutaj, przynajmniej na tym odcinku zmelioryzowana. Niestety był okres w gospodarce gdzie uważano, że każda rzeka powinna być okiełznana, płynąć jak od linijki i każdy centymetr brzegu powinno się zagospodarować. Przyniosło to więcej szkody niż pożytku i dla przyrody i dla człowieka. Wodę ciężko jest ujarzmić. Gdy wiosną po roztopach popłynie jej więcej na prostej rzece ma się gdzie rozpędzić i nabrać objętości a gdzieś niestety musi się rozlać. Tak jest stworzona nasza planeta. I kończy się to zawsze podtopieniami gospodarstw założonych tuż przy rzece (tereny zalewowe czy coś takiego...). Gdy próbujemy okiełznać rzekę, zwłaszcza gdy wchodzimy z butem i mówimy "moje" możemy się za jakiś czas mocno zawieść. Do tego zniszczenie miejsca życia nadwodnych zwierząt i roślin. Oraz fantastycznych miejsc na spędzanie wolnego czasu. Dla rzeki najlepiej jest jeśli może sobie swobodnie płynąc, meandrować, znaleźć naturalne miejsce gdzie czasem wyleje. Wtedy nurt jest wolniejszy i brak nagłej fali powodziowej. Proste. 


Korekta granic.
8 maja 1945 roku. Oficjalnie kończy się w Europie II Wojna Światowa. Na konferencjach w Poczdamie i Jałcie ustalono kształt jaki przybrała ówczesna Polska. To wiemy ze szkoły. Mniej osób jednak wie, że granice naszego Kraju zmieniały się jeszcze kilkukrotnie już po zakończeniu wojny. Jedną z takim zmian była korekta granic pomiędzy ZSRR a Polską z 1951r. Polska otrzymała wtedy ziemie w południowozachodniej części kraju czyli część Bieszczadów - miejscowości Ustrzyki Dolne, Czarna, Lutowiska itd. W zamian odstąpiliśmy właśnie okolice Uhnowa i Krystynopola które weszły w skład USRR. Plusy i minusy? Oczywiście. Rosja otrzymała bogate złoża węgla oraz połączenie kolejowe o którym wspominałem wyżej. My natomiast otrzymaliśmy mało urodzajne ziemie w Bieszczadach wraz ze złożami ropy naftowej. Cóż. W Czerwonogradzie jak dziś nazywają Krystynopol w dalszym ciągu wydobywają węgiel. Natomiast rafinerie w Bieszczadach... no własnie. Ale wymiana miała też korzystne dla nas elementy. Dzięki temu możliwe było ukończenie budowy zapory na Solinie. I przede wszystkim - to są BIESZCZADY! Ciekawi mnie tylko jak wyglądałby dziś Tomaszów gdyby do korekty nie doszło i w bliskim sasiedztwie mielibyśmy kopalnie węgla

źródlo: pl.wikipedia.org

źródło: pl.wikipedia.org
A dalej już Uhnów. Najmniejsze miasto na Ukrainie liczące około 1000 mieszkańców (do populacji często dodawani sa mieszkańcy Zastawia). Pierwszy widok w Uhnowie? A czego można się spodziewać po wizycie w mieście. Oczywiście mieszkańca wyprowadzającego swoją krowę. Tak. Krowę a nie psa. Jeśli uważasz, że Polska jest krajem mocno religijnym musisz pojechać na Ukrainę. Tam jest to jeszcze bardziej widoczne niż u nas. Pierwszą budowlą jaką minęliśmy była kapliczka. Ale jaka! murowana z wmontowanymi... drzwiami antywłamaniowymi. Po prostu bajka i ukraińska myśl techniczna!



Naszym pierwszym celem również był obiekt sakralny, opuszczony kościół pw Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny konsekrowany w ostatnich latach XVII wieku. Aktualnie budynek w opłakanym stanie, który pomimo tego robi niesamowite wrażenie. Zwłaszcza, że stoi pośrodku małej mieściny (no dobrze, miasta), z niską prawie wiejską zabudowa. Dzień wcześniej można było dostać się do środka na nabożeństwo ekumeniczne, niestety dziś pozostało patrzenie przed szparę w deskach. Pocieszający jest fakt, że obiekt ma szansę na odzyskanie blasku. W całkowitym remoncie była dzwonnica a i część dachu kościoła została już wymieniona. Chociaż w innych miejscach widać było rosnące na nim skarlałe drzewa. Wyposażenie zabrali ze sobą polscy mieszkańcy Uhnowa którzy opuszczali miasto w 1951r podczas korekty granic. Część z wyposażenia znajduje się np w Tomaszowie Lubelskim.
 
 

Cały Uhnów, pomimo posiadania statusu miasta nie wyglądał imponująco. Główna ulica w mieście przypominała bardziej teren szkoleniowy dla offroadowców. Spora ilość domów była opuszczona lub przynajmniej zaniedbana a dominantą w tym krajobrazie był wielki blok mieszkalny, całkowicie opuszczony prawdopodobnie od 27 lat. Skąd to wiem? Poniżej znajdziecie zdjęcie kartki z kalendarza którą znalazłem w jednym z mieszkań z datą 3 lutego 1990r. Chodzac po Uhnowie  czułem się momentami jakbym wrócił do czarnobylskiej Strefy, zwłaszcza gdy weszliśmy do bloku bo oczywiście nie moglibyśmy z tego zrezygnować. Robił naprawdę imponujące wrażenie otoczony ze wszystkich stron małymi gospodarstwami. W znalezieniu wejścia pomogły nam lokalne dziewczyny przestrzegając nas przy okazji przed żmijami czającymi się z tyłu budynku oraz w parku miejskim. Podziękowaliśmy za ostrzeżenie i weszliśmy do stojącej przed nami maszyny czasu przenoszącej prawie do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Biorąc pod uwagę wspominane wyżej zasoby węgla oraz to, że kopalnia w Krystynopolu w dalszym ciągu działa byliśmy prawie pewni, ze jest to były blok mieszkalny dla pracowników oraz ich rodzin. Stawiany jednak odgórnie przez władze co jak wiemy z  naszego własnego doświadczenia, nie zawsze musi kończyć się rozwojem. A gdy tutejsze kopalnie nie przynosiły już tyle zysków to budynek opustoszał. Po dawnych mieszkańcach pozostało tylko kilka śladów jak wspomniana kartka z kalendarza lub pierwszomajowa pocztówka. Trochę też było śladów bytności osób aktualnie używających budynku, czyli standard w takich miejscach - butelki po alkoholu, pudelka po papierosach itp. Ciekawy był jeden z pokoi na górnych piętrach. Z okolicznych mieszkań ktoś wymontował drzwi, które zostały wyłożone na podłodze w jednym z pokojów a w rogu ustawiono kozę do ogrzewania, Prócz samego urbexowego klimatu blok ten miał jeszcze jeden plus. Fenomenalny widok na stojący tuż obok kościół z możliwością oglądania go z góry. Coś wspaniałego.






Z bloku przenieśliśmy się do stojącego tuż przy nim parku. W jakim był stanie... niech powiedzą o tym poniższe zdjęcia i fakt, że spacerowały po nim kury, które traktowały go jako miejsce żerowania. Musiał wyglądać dużo ciekawiej w czasach, gdy blok był jeszcze zamieszkały i toczyło się tutaj nieco bogatsze życie a sam teren był zapewne porządkowany w ramach czynu społecznego. Nawet trafiliśmy tam na opuszczony budynek z dumnym szyldem "Oksana". Może jakiś bar? Samo zaś serce parku stanowił pomnik żołnierzy UPA.



Od dawna nikt nie przemawiał na tym podeście


Ze względu go prawosławny/grekokatolicki charakter całej Ukrainy nieco lepszy los niż niszczejącego kościoła pw Wniebowzięcia NMP spotkał cerkiew pw Narodzenia Bogarodzicy. Niestety nie udało nam się wejść do środka, a szkoda bo tamtejsze polichromie uchodziły dawniej za najpiękniejsze na całej Galicji. Pozostało nam jednie podziwianie bryły budynku z zewnątrz. 



Niedaleko od cerkwi położony jest sporych rozmiarów cmentarz. Nie wiem czemu ale lubię odwiedzać cmentarze, zwłaszcza przygraniczne, małe, zapomniane. Może ze względu na ich tajemniczość, charakter, duch miejsca. Tutaj też oczywiście musieliśmy zajrzeć. A było co oglądać. Największą budowlą jest oczywiście kaplica cmentarna w której pochowane są najważniejsze osoby związane z historią Uhnowa. Na początku od bramy głównej znajduje się upamiętnienie żołnierzy niemieckich poległych w walkach między 1914 a 1918r. Fantastyczne są typowe dla okolic przygranicznych i po polskiej i po ukraińskiej stronie kamienne figury ozdobione kaligrafowana grażdanką i figurami świętych. Z drugiej strony po wojnie gdy wkroczył tam komunizm pojawiały się pomniki, które zamiast krzyża mają na szczycie czerwoną pięcioramienną gwiazdę. Sporo czasu spędziliśmy tam również na poszukiwaniach polskich grobów, których było tam niemało. Część z osób tu pochowanych zmarła już po wojnie. Albo żyli tutaj pomimo przesiedlenia albo ich ostatnią wolą było by po śmierci spocząć w ziemi z której pochodzili. 







Idąc w stronę cmentarza rozglądałem się za jeszcze jednym obiektem ale wypatrzyłem go dopiero w drodze powrotnej do centrum. Przedwojenna Polska a zwłaszcza Kresy były zawsze wielokulturowe. Widać to chociażby w tak małym Uhnowie bo chodzi konkretnie o tutejszą synagogę. Podczas wojny Uhnów jak i reszta terenów Polski znajdował się pod okupacją niemiecką więc los tutejszych Żydów był z góry przypieczętowany Pozostała po nich synagoga zbudowana z nietynkowanej cegły. Wysokie, zamykające się półkoliście okna głównej sali widać z daleka z głównej drogi prowadzącej od cmentarza do centrum. Po wojnie w budynku działał zakład przemysłowy a później lokalna szkoła rolnicza, która miała tam swoje sale lekcyjne oraz warsztatowe.

Dzień trwał i trwał a w brzuchu zaczynało burczeć. Przez cały dzień zlokalizowaliśmy w Uhnowie dwa sklepy oferujące dodatkowo usługi gastronomiczne. Powoli zaczynaliśmy czuć ssanie w żołądkach więc zatrzymaliśmy się w jednym z nich na popas. Zamówiliśmy hotdogi, hamburgery oraz kawę (no dobra, piwo) i rozsiedliśmy się na ławkach trochę odpoczywając po wrażeniach całego dnia. Po napełnieniu brzuchów dalsza część spaceru wśród ruin Czarno... to znaczy po Uhnowie. Pod sklepem z którego wychodziliśmy otrzymaliśmy małą zaczepkę od tubylców. Nie wiem czy przez moje długie włosy czy w stronę towarzyszącej nam dziewczyny czy jakiś inny powód. Zignorowaliśmy i poszliśmy dalej ciesząc się miłym dniem.
Szalet przy uhnowskim sklepie/barze
Oraz dołączony do niego pisuar dla leniwych


Budynek lokalnego muzeum założonego przez lokalną regionalistkę panią Halinę Hubeni która sama w miarę możliwości stara się zbierać lokalne eksponaty
Budynek przychodni



Urząd miasta, bo w końcu Uhnów to najmniejsze na Ukrainie ale jednak miasto



Zbliżaliśmy się do granic miasta ale nie mogłem się powstrzymać żeby nie wejść do opuszczonego młyna stojącego tuż przy drodze. Pochodzący z XIX wieku, pamiętający czasy zaborów, II Rzeczypospolitej, PRLu, Ukraińskiej SRR a dziś Samostiennej Ukrainy. Od jak dawna stoi pusty tego nie wiem. Działał na pewno już za czasów ukraińskich bo znaleźliśmy tam kilka tabliczek pisanych grażdanką ale dłuższą chwilę zadumaliśmy się nad naklejką w języku polskim z napisem "Młyn walcowo-turbinowy w Uhnowie" którą ktoś próbował zdrapać Naklejka wydrukowana została w Rawie Ruskiej więc na pewno pochodzi jeszcze z czasów przedwojennych.











Na zakończenie Uhnów pożegnał nas jeszcze kilkoma niesamowitymi swojskimi i przyrodniczymi pejzażami. Osobiście spędziłbym tam o wiele więcej czasu ale niestety przejście czynne było jedynie do godziny 18 a czas gonił. Gdy zbliżaliśmy się do kordonu minęliśmy znów tę małą wartownię gdzie zastała nas nieco nietypowa sytuacja. Pogranicznik stał po drugiej stronie drogi łuskając słonecznik a karabin zostawił oparty o budkę. Chyba nie do końca regulaminowe postępowanie. Chociaż przez moment czuło się w jego spojrzeniu pokusę "no spróbujcie..." którą jednak powstrzymaliśmy. Dalej ponownie odprawa paszportowa gdzie plecak miałem sprawdzany dokładniej niż zazwyczaj. Nawet wnętrze apteczki! Dotarliśmy spokojnie do Dynisk, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy przed siebie. Odwiedziliśmy jeszcze tylko jedno miejsce czyli słynną Sosnę Grottgera a raczej to co po niej pozostało. W tym miejscu Artur Grottger oraz Wanda Monne (później Młodnicka) przeżywali swoją miłość na która nie wyrażali zgody rodzice dziewczyny. Sosna sześć lat temu została powalona przez wichurę ale pomogli jej w tym niestety również ludzie. Była ona systematycznie uszkadzana podczas prac rolnych a nawet (według tabliczki na miejscu) wylewano pod nią gnojowicę. Dziś stoi tam po niej jedynie suchy pień.

Stamtąd ruszyliśmy już w promieniach zachodzącego Słońca do Tomaszowa.










Tradycyjnie zapraszam na swoją stronę na FB Każda Strona Świata FACEBOOK

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz