piątek, 27 stycznia 2017

Wędrówka i obóz w zimie w lesie - jak przetrwać

Jeśli zimno Ci w nogi - załóż czapkę
autor nieznany

Puchu cha puchu cha nasza zima zła. Tak mówi stara przyśpiewka którą uczyli nas w zerówce. Ale jeśli wiemy jak się do niej przygotować zima nie musi być zła. Zimę nawet lubię (o ile nie muszę płacić rachunków za ogrzewanie) a zimowe wyprawy to już całkiem! W swoim życiu odbyłem kilka wypraw które mógłbym chyba nazwać ekstremalnymi. Były to między innymi dwa biwaki w lesie gdzie temperatura dochodziła do minus 25 stopni. Obie zostały opisane na moim blogu w linkach poniżej

W skrócie rzecz ujmując. Pierwsza wyprawa to przemarsz po Pogórzu Przemyskim w zimie w klimatach historycznych, czyli jedynie korzystając z rekonstrukcji sprzętu z czasów Słowian, zero współczesności. Drugi wypad już bardziej współczesny, ale ciągle bez namiotu i tym razem - samotnie, co dodawało dodatkowych emocji przy tej temperaturze.
Do tego dodam niezliczoną już ilość zwykłych jednodniowych wycieczek i obozów.

Pomyślałem zatem, że napiszę kilka słów na temat przygotowania się do zimowej wyprawy niezależnie od tego czy będzie to krótkie jednodniowe wyjście w teren za miasto czy zdobywanie niezdobytych dziczy z kilkoma noclegami.


Plan B
W temacie zimowej wyprawy plan B jest chyba tak samo ważny jak plan A. Ale co on oznacza? Ano to, że trzeba mieć na uwadze, że możemy po prostu nie dać rady. Że zamiast wielkiej frajdy i przygody będziemy się po prostu męczyć. A nie warto bo nie o to chodzi. Czasem też w skrajnych przypadkach zabawa może się zamienić w prawdziwą walkę o życie. Że będziemy albo chcieli (gdy zimno da nam w kość) lub będziemy zmuszeni (gdy zimno da nam powaaaaaażnie w kość) ewakuować się. Więc czym jest Plan B i jak go przygotować? Najpierw spójrz na mapę, zastanów się gdzie chcesz iść co chcesz robić i wybierz wstępnie kilka ewentualnych miejsc na obóz. A następnie od nich prostą drogę ewakuacji żebyś mógł nią spokojnie iść nawet dygocąc z zimna. Pomyśl gdzie w okolicy jest jakiś przystanek skąd można złapać transport do domu. Czy w ogóle coś tamtedy jeździ np poza tygodniem. Czasem kursy zawieszane są na okres wakacji a czasem wręcz przeciwnie, w wakacje jeździ więcej busów niż w innych okresach roku. Gdzie w okolicy jest jakieś schronisko lub agroturystyka. Lub chociażby zabudowa. Może w okolicy jest budka do składowania siana dla zwierzyny, lub ambona myśliwska z łóżkiem, oknami i zamykanymi drzwiami. Podczas noclegu w Leliszcze swój obóz rozbity miałem w odległości ok 5 km od miejscowości Bełżec skąd bez problemu mógłbym próbować łapać jakiś bus, autostop lub zadzwonić do jakiejś Dobrej Duszy z prośbą o podwiezienie. Lub ewentualnie maszerując wzdłuż drogi dojść do domu co czasem mi się zdarzało (więc wiem już, że w razie czego dam radę - bo kiedyś to robiłem). A 5 km to odległość którą zdrowy Europejczyk spokojnie powinien być w stanie pokonać, nawet idąc wyczerpany na tzw "autopilocie".
Plan B to też zostawienie komuś bliskiemu lub zaufanemu namiarów dokąd się idzie i co planuje. Może okazać się to na prawdę pomocne. A przede wszystkim bliskie osoby które zostawimy w domu będą mogły spokojnie spać. Można ustalić z nimi jakiś sposób komunikacji który zapewni, że wszystko jest ok. Np:
- wyślę sms gdy dojdę na miejsce, a potem gdy położę się spać i jak wstanę rano.
- żeby oszczędzać baterię będę włączał telefon co trzy godziny, o pełnej godzinie na 15 minut. Wtedy nawiążemy kontakt. Jeśli przegapię dwa takie terminy - interweniuj.
- itp
I najważniejsze - telefon. Wszyscy mamy teraz telefony. Tylko, że w większości są to smartfony. Wspaniała sprawa. Zadzwonisz z nich, wyślesz sms. Sprawdzisz mapę, zobaczysz notatki, zrobisz zdjęcie, wejdziesz na facebook, wrzucisz zdjęcie na instagrama, puścisz muzykę, włączysz filmik ze śmiesznymi kotkami etc i ledwie po południu będziesz miał zaledwie 30% baterii i strach w oczach bo zaraz całkiem się rozładuje. Na takiej wyprawie ograniczamy korzystanie z telefonu do minimum i najlepiej zabieramy powerbank.


No to po maluchu!
Nic tak nie pomaga na zimno jak odrobina czegoś mocniejszego :) Dobry grzaniec z miodem, pomarańczą, syropem malinowym, goździkami i cynamonem. Kieliszek lub dwa jakiejś pigwówki.  Ciepło rozchodzące się po kończynach, oczyszczenie umysłu ze zmęczenia. Pyszna słodycz pigwy połączona z łaskotaniem etanolu. Mmm... mniam.

A WYBIJ TO SOBIE ZE ŁBA! Najlepiej tą butelką od pigwówki!
Jedyny alkohol jaki może tolerować Twój ekwipunek w zimie to denaturat do kuchenki, o której zresztą napiszę też trochę niżej. Alkohol w zimie skosztować (a nie łoić) można na krótkich wypadach za miasto lub jako relaks gdy przebraliśmy się już wieczorem w suche rzeczy i grzejemy przy kominku w naszej klimatycznej alpejskiej chatce PO powrocie z lasu. W innych sytuacjach alkohol jest ZABRONIONY. A czemu? 
Bo wychładza.
Spytasz się teraz może "ale jak to? przecież nawet po odrobinie naleweczki czuję jak mnie grzeje w środku". Już spieszę  z wyjaśnieniem. Alkohol nie jest magiczną substancją  która powoduje w organizmie ciepełko. Powoduje reakcję ale inną. W przetrwaniu organizmu najważniejsze jest chronienie narządów wewnętrznych. Możesz mieć odmrożone palce i nos ale jeśli w środku wszystko jest ok to wygrałeś. Organizm kumuluje w swoim wnętrzu ciepło właśnie dla ochrony Twoich kiszek. Natomiast gdy wypijesz kielicha to nastąpi w nim kilka reakcji takich jak np rozszerzenie się żył i szybszy przepływ w nich krwi (dowód? proszę bardzo. Osoby po alkoholu robią się czerwone na twarzy i zwiększa się ich puls). Spowoduje to to, że ciepełko kumulowane w środku bardzo szybko rozprzestrzeni się przez żyły po organizmie ogrzewając mięśnie kończyn. Stąd to uczucie ciepła po alkoholu bo ciepło z wnętrza organizmu dojdzie do mięśni w których są odpowiednie receptory odpowiedzialne za odczuwanie temperatury. Jednak już w niedługim czasie ciepło to ulotni się i przejdzie przez mięśnie wprost do mroźnej atmosfery pozostawiając osłabiony i wychłodzony organizm. Game over.
Z alkoholem na mrozie jest jeszcze jeden problem. Zamarza w temperaturze niższej niż woda. I w sytuacji gdy butelki z wodą będą zamarznięte, naleweczka będzie w dalszym ciągu miło chlupotać. Tylko, że ta nalewka będzie miała np -10*C. Chciałbyś wlać coś takiego w swój przełyk? Ja też nie.


Opróżnij pęcherz...
To nie żart. Przed pójściem spać koniecznie opróżnij pęcherz. Każdy dodatkowy płyn w Twoim organizmie to konieczność utrzymywania go przez Twój organizm w temperaturze 36,6*C. W konsekwencji zamiast wykorzystać zebrane kalorie na ogrzanie stóp lub rąk spalisz je na ogrzewanie moczu który trzymasz w pęcherzu. Warto? Dodatkowo jeśli nie pójdziesz na stronę przed położeniem się spać gwarantuję Ci, że przyciśnie Ciebie za kilka godzin. A wtedy będziesz musiał wygramolić się ze swojego wygodnego i cieplutkiego barłogu i odejść kawałek za obóz na stronę.


...ale napełnij kiszki
Ciepło w organizmie bierze się ze spalania zgromadzonych tam zapasów. Ich wartość możemy liczyć w kaloriach (kaloryczność odnosi się właśnie do potencjału energetycznego a nie bezpośredniego wpływu na tycie. Drewno i węgiel też mają swoje kalorie) które spalać możemy mniej lub bardziej czynnie. Np rąbanie drewna na opał jest przykładem spalania bardziej aktywnego gdzie od razu robi nam się cieplej a powolne trawienie grochówki - oddaje ciepło powoli. To na jak długo starczy nam kalorii które możemy spalić zależy od tego co ostatnio jedliśmy. Tak jak piec możemy zasypać węglem lub drewnem. I w trasie możemy wrzucić za ząb coś lżejszego co szybciej się spali i zawiera więcej cukrów, ale na noc lepiej dosypać do pieca czymś konkretniejszym. Nie warto żałować tutaj mięsa lub fasoli a dobrze sprawdzi się też kaloria w prawie czystej postaci - smalec (lub inaczej dżem ze świni). Dobry i kaloryczny gulasz prosto z ognia dobrze nas rozgrzeje po pierwsze jako ciepłe danie a po drugie spalając się w naszych komórkach długie godziny po tym jak odłożymy łyżkę na bok.

Pyszne i sycące jedzenie na koniec dnia. Smakowało lepiej niż wygląda
Zimno Ci w stopy? Nałóż czapkę.
Jak wspomniałem wyżej organizm dąży w pierwszej kolejności do ochrony narządów wewnętrznych oraz mózgu. Tak więc jeśli będziesz chodził bez czapki to ciepło w pierwszej kolejności będzie płynąć do głowy żeby ogrzać mózg więc paradoksalnie zrobi Ci się zimno w ręce i stopy. Zatem czapka to podstawa. Najlepiej dwie. Cienka na marsze i grubsza na postoje i do snu
Dla stóp warto jednak zabrać w plecak dwie pary skarpet. Zwykłe do marszu które będą suche do założenia jako zmiana i grube ciepłe wełniane do snu. Zrobienie przerwy w marszu, wytarcie stóp do sucha i założenie suchych skarpet to na prawdę fantastyczna sprawa poprawiająca morale a w dłuższej perspektywie chroni nas od zmory każdego piechura czyli przed pęcherzami.

Czapka jest? Jest! Więc można wyjść na dwór
Nałóż zbroję i tarczę
Nie będę może tutaj mówił o ubieraniu się na cebulkę, unikaniu przepocenia i takich tam bo to już było omówione wiele razy i w wielu miejscach. Ograniczę się do kilku rzeczy.
Spodnie przeciwdeszczowe nałożone na zwykłe to świetna rzecz. Dodatkowa warstwa grzewcza i chroniąca od wiatru oraz śnieg się do nich nie czepia.
Dodatkowo czy to do zwykłych czy zimowych spodni coraz częściej noszę ochraniacz rolkarski na kolano. Mój kręgosłup nie jest już pierwszej świeżości i zamiast się schylić lepiej jest mi przyklęknąć. A dużo wygodniej jest to zrobić w ochraniaczu. Nie poobijam kolan, nie poprzecieram ani nie przemoczę spodni i nie odmrożę sobie stawów. Dobry patent.
To zbroja. A tarcza? Będzie nią wycięty kawałek karimaty zwany w leśno/górskiej gwarze "poddupnikiem". Przymocowany na zewnątrz plecaka podkładany pod tyłek przy krótkich postojach.

Ciepło, cieplo coraz cieplej
Wspomniałem wyżej o tym w jaki sposób organizm sam wytwarza ciepło. Ale z wychładzaniem można walczyć oczywiście jeszcze zewnętrznie zapewniając sobie dostęp do jakiegoś ogrzewania. Jeśli biwakujesz bez namiotu masz możliwość całą noc palić przy sobie ognisko. O ile nazbierasz dużo dobrego opału i zaplanujesz miejsce na biwak tak żeby nie wiało na Ciebie dymem to spędzisz komfortowo całą noc aż do rana.
Od zwykłego ogniska lepiej spisze się takie ognisko gdzie żar rozłożony będzie wzdłuż całego naszego ciała. Jeszcze lepszą opcją jest tzw nodia. Na razie nie miałem jeszcze okazji jej wykonać. Jest to jednak cudowne ognisko złożone z dwóch kawałków przepołowionej kłody która spala się równomiernie przez całą noc bez potrzeby dokładania.
Lepsze efekty od jednego olbrzymiego ogniska da rozpalenie dwóch niewielkich ognisk i położenie się między nimi. Jeśli nocujemy w dwie lub więcej osób wystarczy, że będziemy zajmować się tylko ogniem po naszej stronie. A rozłożenie się pomiędzy dwiema nodiami to już leśny hotel!
Można jednak wyposażyć się również w nieco współcześniejszą pomoc w wytwarzaniu ciepła. Coraz bardziej cenię sobie kupioną na targu staroci kuchenkę spirytusową którą zalewam denaturatem. W szybki i prosty sposób można na niej zrobić jakiś prosty posiłek na jednym zalaniu paliwem. A gdyby nad ranem mróz dał się we znaki a ognisko wygasło i nie chce ponownie zapłonąć można ją rozpalić i nie przejmować się dokładaniem. Ewentualnie ogrzać ręce, nastawić wodę i gdy złapiemy ciepła przystąpić ponownie do prób reanimacji ogniska.



Ktoś spał w moim łóżeczku!
Jeśli zdecydowałeś się na nocleg w lesie zimą, zadbałeś o zapas opału, zjadłeś coś ciepłego musisz pamiętać o ważnej rzeczy jaką jest przygotowanie posłania. Wbrew pozorom dobry śpiwór jest sprawą ważną ale drugorzędną. Dużo ważniejsze jest solidne odizolowanie się od ziemi. Sama karimata BW to może być za mało. Jeśli trafisz na przewróconą jodłę nie zastanawiaj się tylko sięgnij po nóż/siekierę nazbieraj łapek i ułóż z nich posłanie. Świetnie też spełnią tę rolę wysokie trawy, pałka szerokolistna lub inne nadwodne "sitowia" zebrane w snopki. Od biedy pomogą nawet zwykłe gałęzie.
Zadbaj też o chociaż lichą ścianę z pałatki, folii NRC lub czegoś naturalnego. Ochroni to przed wiatrem i sprawi, że ciepło z ogniska nie uleci w las tylko zbierze się koło Ciebie. Podobne zadanie spełni zadaszenie i chociażby niewielka ściana stojąca za ogniskiem ekranująca ciepło w Twoją stronę.

Jeden z przyjemniejszych obozów w którym spałem. Zdjęcie ze strony http://swiatoslav.blogspot.com/
Moje przyszłe schronienie



Pij nawet jeśli nie chce Ci się pić
Wspomniałem wyżej o wystrzeganiu się alkoholu jednak woda, herbata lub ziołowe napary są jak najbardziej mile widziane. Gdy jest zimno nie odczuwamy tak pragnienia jak w gorący dzień i paradoksalnie czasem łatwiej wtedy o odwodnienie. Dobrze jest mieć nawyk systematycznego popijania małymi łyczkami co pewien czas. Dobrą rzeczą są metalowe butelki. Ostatnio na wyprawie gdzie spędziłem w trasie około 12 godzin przy śniegu sięgającym miejscami po kolana miałem ze sobą jedną półlitrową butelkę wody. W zupełności wystarczała. Ważne by nie trzymać jej (lub innej, np plastykowej) w plecaku tylko wsunąć w wewnętrzną kieszeń kurtki lub nawet pod sweter. Woda dzięki temu nie będzie zamarzać, a co więcej, podczas popijania można ją uzupełniać świeżym śniegiem i trzymając pod pazuchą ogrzewając ciepłem wytworzonym przez nasze ciało powiększać zamiast zmniejszać zapasy płynów. To chyba jedyny przypadek gdy ciepło organizmu zamiast kumulować wewnątrz siebie możemy (a czasem powinniśmy) wykorzystywać do innych celów. Za to całkowicie odradzam ssanie lodu lub śniegu. Wody będzie z tego niewiele a bardzo szybko można się wychłodzić. Więc śnieg upychamy do butelki a ją pod pazuchę. Metalowe butelki są fajne jeszcze z tego powodu, że można je spokojnie zalać wrzątkiem i pełnią wtedy dodatkową rolę termoforu. Na prawdę pomaga.

Jak roztapiać śnieg?
Na początek uwaga. Pod żadnym pozorem nie powinno się jeść śniegu ani lodu. Wody z tego niewiele a tylko wychłodzi się organizm. Zwłaszcza, że jama gębowa jest mocno ukrwiona i szybko przeniesie wychłodzenie do zatok a potem już murowany ból głowy.
Na pewno na początek wyprawy warto zabrać ze sobą jakiś niewielki zapas wody. Pół litra powinno spokojnie wystarczyć bo z zaopatrzeniem w wodę nie będzie problemu. Będzie wszędzie wokół nas pod postacią śniegu i czasem będziemy przeklinać, że jest go tak dużo.
Wodę warto uzupełniać już w czasie marszu. Po każdym łyku nabieramy garść świeżego śniegu do butelki, zakręcamy i wkładamy za pazuchę. Tam spokojnie się roztopi.
A gdy przyjdzie czas na obozowanie można już spokojnie przygotować większe ilości wody. Odradzam jednak nakładanie kubka lub rondelka samym śniegiem i stawianie tego na ogniu. Na początku wytopi się niewielka ilość wody którą szybko wchłonie reszta śniegu, przy dnie utworzy się pusta przestrzeń i łatwo można przepalić naczynie. Zamiast tego warto zachować chociaż odrobinę wody i (przynajmniej na początku) śnieg dodawać do niej stopniowo, łyżka po łyżce. Innym sposobem, zwłaszcza gdy dysponujemy np naczyniem plastykowym którego nie postawimy bezpośrednio na ogniu jest ulepienie ze śniegu kuli, nabicie jej na patyk i przystawienie blisko ognia żeby topił się od żaru ognia i kapał do pojemnika. W tym celu można też wykorzystać moskitierę, bandamę lub w krytycznej sytuacji nawet skarpetę (nie polecam, podobno paskudny smak!)

Niech stanie się światłość.
Następną sprawą którą poruszę jest oświetlenie. Częściowo wiązać to się będzie z pierwszym tematem czyli Planem B. 
O tym, że zimą dzień jest krótki a noc długa nie muszę chyba nikogo przekonywać (no może za wyjątkiem takich osób jak Pewni turyści którzy poszli w Tatry). Oświetlenie jest bardzo ważne zarówno po to by sprawnie funkcjonować w obozie jak i podczas ewentualnego nocnego powrotu, zwłaszcza skrajem drogi. Nawet niewielką latarką taka jak ta mała lub ta nieco większa można spokojnie oświetlać okolicę i bardzo się przyda podczas łapania stopa lub dawaniu znaków nadjeżdżającym autom żeby nas ominęły. Dobrą rzeczą jest również kamizelka odblaskowa. Będzie nas widać z dużej odległości na drodze a także można ją powiesić na kiju koło naszego zimowego schronienia i z daleka pokaże nam która zaspa śnieżna to nasze igloo gdy będziemy musieli się od niego oddalić np w poszukiwaniu opału.

Nawet mała latarka może być bardzo przydatna

W powyższym tekście udało mi się zamieścić kilka własnych, subiektywnych przemyśleń i porad. Na pewno nie wyczerpują one całego tematu i wiem też, że wiele osób może mieć inne poglądy na to co napisałem. Mimo to mam nadzieję, że te kilka słów przydadzą się Wam i przekonają do tego, że sezon na leśne wędrówki trwa cały rok!




Tradycyjnie zapraszam na swoją stronę na FB Każda Strona Świata FACEBOOK










1 komentarz: